Blogśroda, 3.lutego.2010, 15:54
Taaaak... wątpię, żeby ktoś tutaj zajrzał (tym lepiej). Po takie przerwie hmm... co powiedzieć, że jednak wróciłam, nie to by nie miało sensu, jak na razie. Dobra nie będę ukrywać, wróciłam, żeby się wyżyć, napisać jedną notkę, może nie poprzestanę na jednej kto wie.
Tak sobie przeglądam wcześniejsze notki. Styl diametralnie różny od tego, którym się posługuje dzisiaj. Czyżby efekty rozszerzonego polskiego? Oby. A o czym pisałam? Zawsze tajemniczo, przeważnie półsłówkami, wiele wielokropków. Tak to do mnie podobne. Ale teraz tak mnie korci, żeby powiedzieć, co mnie boli, co mnie drażni w dzisiejszym świecie, którego nie rozumiem. No to zaczynam. Wyjechałam do Wrocławia na studia. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że na wymarzone, ale coś bardziej w stronę moich zainteresowań. We Wrocławiu... inny świat. Tak to mój wymarzony, chociaż niedopracowany doskonały świat. Codziennie się sprawdzam, jak bardzo umiem sobie poradzić w każdej sytuacji, kontroluje pieniądze, szykuje/opracowuję dietę (chociaż z obiadami niekoniecznie czyt, słoiczki od mamusi :), ale te słoiczki też sie kiedyś kończą), dobieram sobie leki/używki/suplementy diety (o i tutaj jedno z moich najukochańszych zajęć), czytam dobre pisma (dobieram je przeważnie za namową znajomych), uczy się i rozplanowuję moich rozkład dnia. Nigdy nie wiedziałam, że tak bardzo będę się cieszyła z dorosłości. Niestety kiedyś trzeba zajrzeć do domu. Tu wkraczamy w bolesny fragment. Nie mogę tego zrozumieć, ale zawsze jak wracam. Czuje, że coś tracę, że coś mnie ominęło, że stosunki z bliskimi się zmieniły. Niestety tym razem, poczułam jak bardzo miałam pod tym względem rację. Nie chcę opisywać sytuacji w domu. Nie zawsze było różowo. Po śmierci taty, nabrałam strasznie dystansu do mamy. Wiem, że bardzo cierpiała, ale mam za złe, że mnie zostawiła kiedy jej tak bardzo potrzebowałam. Byłam sama, ale mimo wszystko próbowałam jej pomóc. Stałam się doroślejsza niż moja matka i gro moich znajomych, to mnie dobijało... Nieraz chcę cofnąć czas. Chodzić na wycieczki z moim tatą, słuchać o motorach, o gitarach elektrycznych, o zespole rockowym, o miłości do ludzi. Chciałabym też wyjść na dwór, robić fikołki na trzepaku, wołać przyjaciół przez okno, spuszczać worki z wodą na ludzi ;) itp. oj cudowne czasy, łezka się w oku kręci. Mogę powiedzieć, że akurat jedynym optymistycznym elementem w moim rodzinnym mieście jest właśnie rodzina. Teraz dopiero widzę jak ten wyjazd był mnie i mojej mamie potrzebny. Nie jest całkiem różowo, ale na wiele rzeczy potrafię spojrzeć obiektywnie, choćby czasami z niewielką pomocą :). Niestety ze znajomymi nie jest tak fajnie. Wszyscy się od siebie oddaliliśmy. Nie potrafimy sobie pomóc mamy inne sprawy na głowie. Inny świat. Nie chce, żeby tak było, ale jak ktoś zauważył tylko ja się o to staram. Sama nie wygram. Z niektórymi oczywiści dogaduję się bez słów, mimo że spotykam się z nimi kilkanaście razy na rok (może 13-14 lat znajomości robi swoje). Ale z niektórymi mam twardy orzech do zgryzienia. Próbuje jak zawsze walczyć z wiatrakami i naprawdę się do nich zbliżyć na ile się da, ale nie mogę. Cały czas coś mnie odtrąca. Zastanawiam się czasami czemu oni tacy są, czemu nie widzą tych starań, czemu czasami czuje chłód w kontaktach z nimi i czemu w końcu wszystko te osoby się ze mną spotykają. Piszę oni, ale powinnam napisać one, jest ich trójka(trzy)... Następnym problemem w relacjach, niemniej złożonym jest relacja z moją współlokatorka, a jednocześnie koleżanka z dzieciństwa, o ile można tak powiedzieć o czasach gimnazjum i późnej podstawówki. Czuję, że ma problem. Nie wiem jak jej pomóc, Jawnie odpycha mnie i najbliższe osoby. W naszym rodzinnym mieście się nie spotykamy mimo, że mamy do siebie strasznie blisko. Powód: olewa mnie i moich koleżanek smsy. We Wrocławiu też nie lepiej... Nie odwiedza mnie w pokoju, a mnie wpuszcza co prawda za każdym razem, ale czuję, że jej zawadzam. Mimo to robiłam to przez parę miesięcy, po trochu wyskubując z niej informacje, a w większości, jak to na egoistkę przystało o sobie. Stwierdziłam, że długo tak nie mogę. Do czasu. W prawie najgorszym dniu mojego życia, zadzwoniła do mnie jej mama. Koleżanka (Nie piszę imion, chociaż dobrze wiem, że każdy ze znajomych, kto przeczyta, rozpozna te osoby, a może i siebie. Liczę, że nie, chociaż może ta notka pomogłaby. Czas pokaże)przestała odzywać się do rodziny. Siedzi we Wrocławiu, nie chcę mówić, co się stało, czemu nie wraca. Ja naprawdę miałam już tego dosyć. Mam się bawić w Monka i zgadywać, a później mówić o tym jej mamie. NO WAY IN HELL ! Już nigdy, oczywiście to nigdy było do wczoraj. Prawie zapłakana, zdenerwowana mama zadzwoniła do mojej mamy, chciała jednak rozmawiać ze mną. Gdy już utwierdziłam ją, że na prawdę nie wiem, co się mogło stać (tak Pani córka olewa mnie tak samo jak Panią- chciałam to powiedzieć, ale się powstrzymałam). Oddałam swoje klucze do naszego mieszkania we Wrocławiu i myślałam, że się skończy. Czuję się jednak winna, gdy zaczęłam krzyczeć na tą koleżankę, czułam, że zaraz wybuchnie płacze i cholera dobrze niech wie co robi z matka.. Gdy się jednak opanowałam, zrozumiałam, że ta cisza przed wybuchem świadczyła o tym, że przegięłam na całej linii. Nasuwa mi się jedno zdanie ze studiów, dokładnie z takiego przedmiotu jak socjologia: Ludzie podejmują różne role społeczne. Cholera nie pamiętam kto to powiedziałam, ale to cholerna prawda. Tylko, czy ktoś z tych ról się wywiązuje? Kurwa jak mi się nie chce żyć! Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (7), Dodaj
Szablonszablony.blogowicz.info wspierane przez: Blog & pomoc blogowa |
![]() |